Redagowanie pisma o sztuce w czasach, kiedy duża część świata artystycznego zrównała sztukę z życiem i uczyniła z niej rodzaj parareligii albo działalności metapolitycznej, nie jest rzeczą prostą. Demokracja zabija sztukę, jak zauważył Honoré de Balzac. Podobne obawy co do kondycji sztuki w demokracji żywił francuski arystokrata Alexis de Tocqueville, autor O demokracji w Ameryce, znakomitej analizy jasnych i ciemnych stron demokracji. Panuje przekonanie, że dzisiaj nie ma już jasnych kryteriów oceny, co dobre, a co złe.
A skoro nie ma kryteriów, to krytyka w zasadzie nie jest możliwa. Jednocześnie wszyscy domagają się krytyki i kryteriów. Cierpią z powodu ich braku. Domagając się ich, akcentują jednocześnie, że w epoce indywidualizmu kryteria wyznacza każdy z osobna, bo najważniejszy jest autentyzm jego przeżycia. A więc kwadratura koła.
Ustalenie jakiejś zgodności sądów estetycznych to horror. Wgląd we współczesne teorie estetyczne powoduje zawrót głowy od mnogości koncepcji i konceptów. Z drugiej strony, mówienie czy pisanie o sztuce, która jest po to, aby nie mówić tylko odczuwać, to też jakieś delikatne wobec niej nadużycie.
Te paradoksy mogą doprowadzić do stwierdzenia, że wydawanie pisma o sztuce jest w naszych czasach trochę bez sensu, jeśli nie składamy pokłonów jakiemuś hipotetycznemu duchowi dziejów, który jest tyranem i „robi” sztukę za pomocą swoich najemników: politruków i ideologów. Biorąc pod uwagę te paradoksy, warto wrócić czasami na twardszy grunt. Stąd w pierwszym numerze kwartalnika jako kategorii pozornie anachronicznych.
A co do paradoksu mówienia o sztuce – przywołam Goethego: „Prawdziwą przekazicielką jest sztuka. Mówić o sztuce znaczy chcieć przekazać przekazicielkę, a przecież wynikło stąd wiele dobrego”. Mam nadzieję, że z naszego kwartalnika również wyniknie wiele dobrego.

Maciej Mazurek
Redaktor Naczelny