– z profesorem Mieczysławem Porębskim rozmawia Agata Ławniczak

[…]
– Jerzy Nowosielski kiedyś w rozmowie przyznał, że długo był przekonany, iż niemożliwym jest, aby dobra sztuka mogło promować zło. Zwątpił w słuszność tego przekonania, gdy stanął przed obrazami Bacona. Ale Nowosielski musiał  spoglądać złu twarzą w twarz wielokrotnie. Ty niestety także…
– Spojrzenie złu twarzą w twarz – nie takie to proste. U Nowosielskiego eschatologia daje o sobie znać z samego dna, jeśli tak to można określić, jest w przetwarzanej, przeistaczanej malarskiej materii – te wszystkie jego ziemistości, żółcie, szmaragdowe zielenie, rude zakrzepłe czerwienie, stygmaty oranżu, płaty czerni, przebieleń, bladych błękitów. Podczas gdy Kantor uruchamiał cały aparat symboliczny: substytucje, parafrazy, cienie, fantazmaty, przenikanie się świata żywych i świata umarłych. Szedł tropami Maeterlincka i Błoka, Malczewskiego i Wyspiańskiego. Sięgał do romantyków. To wszystko wymagało odpowiedniego zaplecza. Nie wszyscy nim dysponowali, mam na myśli tych naszych trochę tylko młodszych kolegów, naszych „młodszych braci”, którzy w lata wojny weszli wprost z lat szkolnych, czasem prosto z dzieciństwa. Oni reagowali bardziej spontanicznie, niecierpliwie, bardziej w wielu przypadkach ekstremalnie. Ale także i tych z nas, których – podobnie jak ich – wojenne i okupacyjne perypetie rzuciły w sytuacje graniczne: wysiedlenia, obozy, partyzantka, powstanie. Tych przeświadczonych, że „gdziekolwiek ziemia jest snem”, złym snem, „prześnić go trzeba do końca”. Borowskiego – bo jego tu cytuję – pomawiano o wszystko najgorsze, o „zarażenie śmiercią”, nihilizm. Podobnie zresztą Tadeusza Różewicza, podobnie – choć trochę później – Mirona Białoszewskiego.

– Z nimi wszystkimi przyjaźniłeś się. To doświadczenie, które tak lekko zbyłeś w naszej rozmowie, obozowego stanięcia twarzą w twarz ze złem, z zagrożeniem życia, ze śmiercią – ono potem łączyło? Świadomość, że oni akurat rozumieją to, czego doświadczyłeś, a czego inni pojąć nie mogą? Ten ciężar, który dla wielu był nie do uniesienia, który wymagał terapii?
– Z warszawskimi poetami ze „Sztuki i Narodu”, potem „Drogi”, spotkałem się w czasie wojny, jeździłem do nich. Z  Tadeuszem Różewiczem zaprzyjaźniłem się, gdy przyjechał do Krakowa, żeby studiować historię sztuki. Białoszewski – to już było trochę później, w Warszawie… czas Teatru na Tarczyńskiej.
Masz rację, to było ważne, że mieliśmy do pewnego stopnia podobne doświadczenia i – zapewne – podobne na nie reakcje. Oczywiście, że Borowski w swoich opowiadaniach oświęcimskich był jednostronny. Pominął to, co pomaga ło tam przetrwać, nie załamywać się, nie dać się zgnoić. Nie mówił wszystkiego. Ale dzięki temu udało mu się powiedzieć więcej niż wszystko.
Ukazać zło w stanie czystym, uchwycić samą jego istotę. Tak jak Różewiczowi w jego wątkach partyzanckich, w sztuce „Do piachu” udało się uchwycić samą istotę wojny, Białoszewskiemu – istotę zagłady czegoś takiego jak miasto. Na to się  czekało, było w tym – dla mnie przynajmniej – coś bardzo oczyszczającego. Żeby nie musieć już potem do tego wracać.
I nie pytaj mnie przypadkiem o to, jaki ciężar ich dzieła ze mnie zdjęły. Nie chcę już do tego wracać.
[…]