– z profesorem Wiesławem Juszczakiem rozmawia Agata Ławniczak

[…]

Jesteś uczonym, który ma odwagę odkrywania nowych światów.

Próbuję właśnie zacząć książkę, której pomysł podsunął mi, między innymi, obejrzany kilkakrotnie w 2011 roku dokumentalny film Herzoga Jaskinia zapomnianych snów, pokazujący najstarsze z dotychczas znanych malowideł i rytów paleolitycznych, odkryte w 1994 roku we Francji w grocie na zboczach rzeki Ardèche, w połowie drogi między Lyonem a Marsylią. Datowano je na 34-32 tysiąclecie, są więc wcześniejsze o około 18 tysięcy lat od Lascaux i 20 od Altamiry! Od nazwiska jej odkrywcy, speleologa Jean-Marie Chauveta, nosi miano Cave Chauvet. Natychmiast po odnalezieniu jaskinia została zamknięta dla turystów, nawet wybitni specjaliści są tu wpuszczani małymi grupami, rzadko i tylko na parę godzin. Po doświadczeniach z wcześniej znanych, tłumnie odwiedzanych grot, które zostały mocno uszkodzone przez oddechy i ciepło wnoszone przez ludzi, chciano uniknąć tego niebezpieczeństwa w tak wyjątkowym, nienaruszonym od tysiącleci miejscu. Werner Herzog za pozwoleniem francuskiego Ministerstwa Kultury był tam parę razy z operatorem i ręczną kamerą, a potem mógł przez tydzień robić zdjęcia z pełnym oprzyrządowaniem i oświetleniem tylko po cztery godziny dziennie. W ten sposób powstał unikalny obraz wnętrza, zamkniętego przez trudny do uzmysłowienia sobie okres głazem, który urwał się ze ściany nad wąskim wejściem do groty, tworząc – jak mówi się w filmie – swoistą „kapsułę czasu”.
Kiedy myślałem o tym dokumencie, przypadkiem natrafiłem na kilka tekstów związanych z podobnymi zjawiskami – w miejscach dla mnie, z powodu ignorancji zapewne, zupełnie nieoczekiwanych – jak choćby u Tomasza Mertona czy T.S. Eliota, którzy w tej sztuce (jaką widzieli we wcześniej odkrytych miejscach, bo Eliot wspominał o niej w 1919 roku, nie wiedząc o Lascaux, jaskini odkrytej dopiero w 1940 roku) dostrzegali początki wielkiej poezji, przybliżającej tajemnie pierwszego widzenia świata, lub ogólnie – rzeczywistości totalnej: w jej sensualnych i duchowych aspektach.
Dawno temu zajmowałem się taką sztuką, prowadząc wykłady z teorii ornamentu, który na początku dotyczył zjawisk najpierwotniejszych. Przykładem najbardziej „płodnym” w dowody były dobrze udokumentowane (w stanie jeszcze nienaruszonym przez Europejczyków) przedmioty i obrzędy australijskich Aborygenów – stanowiące właściwie odpowiednik znanych z innych kontynentów kultur paleolitycznych. Zasadą przyjętego przeze mnie podejścia było założenie, że ornament należy odróżnić od dekoracji. Że skoro ta druga jest czymś nałożonym sztucznie na przedmiot, jego „ozdobą”, ornament stanowi wobec przedmiotu go noszącego coś „organicznego”. Stanowi emanację treści, w których upatrywać wolno opisu rzeczywistości ujawniającego jej stronę bezpośrednio niepodpadającą zmysłowemu poznaniu, czego ono samo nie ogarnia, a mianowicie tego, co niezmysłowe, „niewidzialne” samo przez się, bo należące do sfery duchowej. Rzeczywistości, poprzez którą próbuje się dotrzeć do sensu świata. Zainteresowały mnie ornamenty pokrywające strzały. Strzałę zdobiono w odpowiedni sposób nie po to, aby była piękniejsza i bardziej cieszyła oko, tylko po to, by była celna! W jakimś sensie więc ornament ten pełnił funkcję magiczną, choć słowa tego używałbym nader ostrożnie w odniesieniu do religii, bo magia to w zasadzie religia wypaczona, działanie „interesowne”, w znacznej mierze „użytkowe”. Tymczasem tu mówić trzeba o procesie odmiennego wiązania człowieka z naturą poprzez zabiegi dokonywane na narzędziach, jakie mu służą. Kiedy myśliwy poluje, kiedy zabija zwierzę, zabija swego „starszego brata”, i musi dokonać aktu ekspiacji. Prosi ofiarę o wybaczenie. Wszystko dokonuje się zgodnie z koniecznością, ale też wszystko, co żyje, jest święte. Dlatego polujący ma poczucie winy, choć głód jest silniejszy, bo zagraża życiu. Wszystko to razem tworzy „schemat” rytuału. Celność strzały to także „obrona” ofiary przed cierpieniem. Pisałem i mówiłem już o tym dawno, znajdując źródła i dowody u różnych badaczy. Stąd teraz pewne zażenowanie, że w kółko powtarzam to samo. Choć pociesza mnie myśl, że zbyt wiele nie byłem czytany, a także myśl wypowiadana przez wielu, że człowiek w swoim życiu – jeśli już pisze – pisze zawsze jedną i tę samą książkę.

[…]